Archiwum Recenzje

„Znalezione nie kradzione”. Czy King zostanie mistrzem kryminału?

Aleksandra
Napisane przez Aleksandra

„Stworzyłeś jednego z najwspanialszych bohaterów literatury amerykańskiej, a potem go obsrałeś – powiedział Morrie. – Ktoś, kto jest do tego zdolny, nie zasługuje, żeby żyć.”

     Morrie wcale nie żartował. Wycelował w pisarza pistolet i zabił go z zimną krwią. Nie mógł wybaczyć John’owi Rothstein’owi, że literacki buntownik, którego stworzył, stał się „każdym” – przykładnym mężem i ojcem, miał przyjaciół, a co gorsza był pracownikiem agencji reklamowej goniącym za Złotym Dolcem. Kilka godzin po makabrycznej zbrodni Morrie zaszywa się w pustym rodzinnym domu. Ma na koncie trzy zabójstwa, bo pozbył się również swoich dwóch wspólników, skradzione pieniądze i to, czego pragnie najbardziej… moleskinów zapisanych przez Rothsteina, który przez ostatnie osiemnaście lat niczego nie opublikował, a do tego stronił od ludzi i życia publicznego.

     Morris Bellamy nie miał łatwego życia. Nie przystawał do rówieśników, nie dogadywał się z apodyktyczną matką. Z ojcem, który był przysłowiowym pantoflarzem, też nic go nie łączyło. Był outsiderem i buntownikiem. Nie interesował go sport, nie uganiał się za dziewczynami. Jedyną jego pasją była trylogia Rothstein’a o Jimmym Goldzie. Powieść, którą nazywano „Iliadą powojennej Ameryki”. Chłopak czytał ją obsesyjnie i żył nią. Fikcja literacka stała się jego biblią, a morderstwo w imię literackiego bohatera uważał za coś normalnego. I choć powtarzał po nim „Wszystko gówno znaczy”, nie do końca tak było. Znaczenie miały dla niego dzieła Rothstein’a i sto sześćdziesiąt pięć moleskinów, które ukradł z jego sejfu…

     Ponad dwadzieścia lat później Peter Saubers przypadkiem natyka się na stary kufer. Chłopak nie może uwierzyć własnym oczom, gdy go otwiera. Walizkę wypełniają koperty z banknotami i mnóstwo starych notesów. Trzynastolatek nie zastanawia się, co z tym zrobić. Wie to od razu… Jego rodzina ma kłopoty finansowe, przez co rodzice wrażliwego nastolatka często się kłócą. Ich problemy zaczęły się, kiedy pewien szaleniec wjechał w tłum bezrobotnych pod City Centre. Jedna z ofiar psychopaty o pseudonimie Pan Mercedes, to Tom Saubers, ojciec Peter’a. Mężczyzna przeżył, ale bardzo długo nie mógł chodzić i miał poważne problemy ze zdrowiem. Chłopiec postanawia pomóc rodzinie. Jako anonimowy darczyńca co miesiąc wysyła + – pięćset dolarów. Znalezione pieniądze wystarczają na cztery lata. Sytuacja Saubers’ów nie jest już aż tak dramatyczna, ale pieniądze nadal są potrzebne. Peter zdążył już poznać zawartość tajemniczych moleskinów. I podobnie jak Morris Bellamy zafascynował się dziełami Rothsteina. Wie, że notesy zawierające dotąd nie publikowaną historię Jimmiego Golda, warte są fortunę. Chłopiec postanawia wykorzystać tę wiedzę.

 Dzieła Rothsteina powodują, że losy Morrisa i Petera w pewnym momencie splatają się w jedną historię.

 Jak przystało na porządny kryminał do akcji w pewnym momencie wkracza detektyw. Jest to nikt inny, jak dobrze nam znany z „Pana Mercedesa” Bill Hodges i jego pomocnicy, Holly i Jerome. King tym razem traktuje ten wątek epizodycznie. To jednak nie jedyne nawiązanie do „Pana Mercedesa”, bo dramatyczne wydarzenia spod City Centre też znamy z tej książki, tyle że z innej perspektywy. Do tego jest jeszcze psychopata Hartsfield, sprawca owej tragedii. Wciąż żyje, ale King uśpił go w jakiejś odmianie katatonii… prawdopodobnie tylko na jakiś czas.

 „Znalezione nie kradzione” to bez wątpienia drugi udany kryminał Stephena Kinga. Powiedziałbym nawet, że lepszy od pierwszego, czyli „Pana Mercedesa”. Co ciekawe, ten pierwszy miał być opowiadaniem, a jak widzimy King się rozpisał i stworzył trylogię. Król horrorów w jednym z wywiadów skarżył się, że to najtrudniejsze książki jakie do tej pory pisał. A to nie koniec zmagań Kinga z kryminałem. Pisarz pracuje nad ostatnim tomem serii.

King jak przystało na prawdziwego king’a króluje. „Znalezione nie kradzione” to świetny kryminał. Autor doskonale manipuluje naszymi umysłami, a sinusoida napięcia, sprawia, że książkę czyta się z rosnącym niepokojem. Nawet liczne retrospekcje nie spowalniają akcji.

Bohaterowie są wyraziści i budzą emocje. Na moją sympatię zasłużył sobie Peter, któremu od początku kibicowałam. Chłopak walczy o rodzinę, jak prawdziwy mężczyzna. Z kolei postać Morris’a jest na swój sposób fascynująca. Jego umysł spowity literacką fikcją zatracił możliwość realnego oglądu świata. Mogłoby się wydawać, że jego zainteresowanie literaturą może świadczyć o pewnej wrażliwości. Jednak kiedy widzimy, co jest w stanie zrobić psychofan Rothsteina, złudzenia opadają. Opisy jego makabrycznych zbrodni przyprawiają o gęsią skórkę.

Poza tym, że to kryminał wart przeczytania, mnie w tej książce uwiodło coś jeszcze… To coś, to przeplatająca się między kartkami literatura. Po pierwsze wymyślony Rothstein, którego King stworzył „na bazie” J.D. Salingera. Pomimo, że żyje tylko na kilkunastu stronach, jest obecny w całej książce. I według mnie, tak naprawdę to on jest nieświadomym sprawcą wszystkiego… Po drugie jest sporo odwołań do wielkich dzieł literackich i do mistrzów literatury. Jest to podane subtelnie i bez zbędnego przeintelektualizowania.

 A na koniec mój ulubiony cytat z książki „Znalezione nie kradzione”:

 „Dla czytelników jednym z najbardziej elektryzujących odkryć jest właśnie to, ze są czytelnikami – że nie tylko potrafią czytać (…), ale że są w tym zakochani. Beznadziejnie. Bez reszty.”

 

Czy Wy jesteście już po lekturze nowego kryminału Kinga? Piszcie!

Zobacz podobne wpisy:

O autorze

Aleksandra

Aleksandra

Prowadzi podwójne życie - to w realu i we śnie. A śni tak, że tylko siadać i spisywać. Jej pasją jest m.in. literatura. Czyta wszędzie, zawsze ma zaczęte kilka książek. Ostatnio nie jest to jednak łatwe, bo... giną jej zakładki. Znajduje je po jakimś czasie w pokoju córeczki, a mała "złodziejka" robi niewinną minkę. Kolejna pasja to film...