Aktualności Recenzje

Roman Wilhelmi – Dyzma, czy anioł? Ukazała się pierwsza biografia aktora.

Aleksandra
Napisane przez Aleksandra

„W jednej postaci zdołał połączyć poetyckość i trywializm, marzycielstwo i prymitywizm, brutalną siłę i słabość pełną bezradności”

wilhelmiTen cytat z „Ekspresu Wieczornego” (23 maja 1972 rok) idealne podsumowuje talent aktorski Romana Wilhelmiego. Na deskach teatru był niekwestionowanym geniuszem, przed kamerą również. Legenda polskiego teatru i kina. Dlaczego wcześniej nikt nie podjął się napisania biografii jednego z najwybitniejszych polskich aktorów? Tego nie wiem, cieszę się jednak, że Marcin Rychcik  napisał książkę „Roman Wilhelmi. Biografia” . Jest to zajmująca opowieść o życiu zawodowym i prywatnym Wilhelmiego. Obecnie większość kojarzy go ze świetnymi telewizyjnymi kreacjami. To on stworzył Nikodema Dyzmę i Stanisława Anioła. Jaki naprawdę był Roman Wilhelmi? Zapraszam do lektury 🙂

Romek urwis

Urodził się w Poznaniu w 1936 roku. Miał dwóch młodszych braci, Eugeniusza i Adama. Bracia nawet we dwóch nie byli w stanie tyle narozrabiać, ile jeden Romek. Wszędzie było go pełno, a pomysły na zabawy nigdy mu się nie kończyły. Pewno razu pojawił się w wystawowym oknie renomowanych delikatesów. Biegał między towarami i nikt nie był w stanie go zatrzymać. Grając w cymbergaja potłukł szybę. Jeżdżąc na rowerze brata wpadł pod samochód. Z roweru nic nie zostało, na szczęście Romek nie ucierpiał tym razem. Kolejny raz nie miał już tyle szczęścia. Jako jedyny z braci miał poważne rozmowy z ojcem. W końcu rodzice wysłali go do szkoły z internatem. Dziwicie się?

Pierwszy raz na scenie

Szkołę z internatem w Aleksandrowie Kujawskim prowadzili księża salezjanie. Wtedy właśnie Romek poczuł, co chce robić w życiu. Nie myślcie, że chciał zostać duchownym. W szkole działała grupa artystyczna. Do jednego z przedstawień potrzebny był mały Chrystus, który nie ma włosów. Ksiądz wybrał Romka. Chłopiec za palenie papierosów miał ogoloną głowę. Właśnie dzięki tej roli po raz pierwszy pojawił się na scenie. Konkretnie, wniesiono go. Dokładnie tak. Pierwszy raz na scenę Wilhelmiego wniesiono. Wsadzono go do kosza i przeniesiono między kulisami. Usłyszał wtedy pierwszy raz szmer publiczności… i zapamiętał go na zawsze.

Matula, matulka…  

Tak zwracał się do matki. To ona „nosiła w domu spodnie”. Ona pilnowała dyscypliny i karała synów. Mimo to, była Romanowi najbliższa. Nie lubił jej rygoru i z trudem dostosowywał się do wytycznych. Wszystko docenił po latach. Stwierdził, że gdyby nie jej rygor, nigdy nie odniósłby sukcesu.

Pech vs egzaminy

Aktor opowiadał, że przed egzaminami do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej prześladował go pech. Dzień przed egzaminem rozbolał go ząb i spuchła mu twarz. Choć nie dał rady mówić, udało mu się przed komisją wyrecytować „Grób Agamemnona”. To jednak nic, w porównaniu z tym co wydarzyło się później. Wracając nad ranem z imprezy Wilhelmi zobaczył rower. Wsiadł i ruszył z górki… Przednie koło roweru oderwało się, a kierownica wbiła się Romanowi w brzuch. Połamał też prawy łokieć. Chłopakowi groziła amputacja ręki. Rodzice opłacali kolejne operacje, żeby pomóc synowi. W końcu udało się. Ręka miała być jednak niesprawna. Zdarzył się cud. Pewnego dnia Roman zaczął poruszać palcami. Ręka nie wróciła jednak do pełnej sprawności. Nie mógł jej wyprostować. Zawsze trzymał w charakterystycznej pozycji. Zauważyliście to? Komisja egzaminacyjna, tak jak później widzowie, nie dopatrzyła się tego. Roman Wilhelmi dostał się do szkoły teatralnej.

Egzaminujący byli zgodni co do aktorskiego talentu Romana Wilhelmiego, poza jednym wyjątkiem. Adam Hanuszkiewicz uważał, że nie nadaje się na aktora, ponieważ ma tylko 176,5 cm wzrostu.

A jednak miał coś z Dyzmy 😉

Wiele niechętnych i nieprzychylnych osób zarzucało Wilhelmiemu brak intelektu. Przez trzydzieści lat jego zawodowej kariery można było zawsze to gdzieś usłyszeć. Autorami tych komentarzy były najczęściej osoby, które zazdrościły aktorowi sukcesów.

 „Romek należał do aktorów wyjątkowej kategorii: pozbawionych predyspozycji intelektualnych. Wiedza o autorze, o roli, była mu kompletnie nie przydatna. Potrzebował reżysera bardziej niż ktokolwiek inny. Nigdy przy tym, co było sympatyczne, nie udawał, że rozumie (…)”. (Kazimierz Kutz)

Nie to jednak miałam na myśli pisząc, że Wilhelmi miał coś z Dyzmy. W czasie studiów zarówno jemu, jaki i jego kolegom z uczelni, nie przelewało się. Często byli głodni, tym bardziej nie starczało im pieniędzy na imprezowanie. Roman był pomysłowy, a do tego miał tupet. Razem z kolegą Józkiem Duriaszem pożyczali 100 złotych i szli do „Kameralnej”. Obserwowali do kogo warto się dołączyć. W „Kameralnej” bawiła się wówczas elita i to do niej studenci przyłączali się. W tamtych czasach w restauracji bywał Andrzejewski, Himilsbach, Hłasko.

 „Miałem problemy w szkole – mówił Wilhelmi – ponieważ otwarcie mówiłem, że ja kocham siebie w tym zawodzie. Nie kocham teatru ani filmu. Lubię to. Urodziłem się po to, żeby grać duże rzeczy. Dlatego chcę być aktorem. Trzeba mieć na to siłę, i ja ją mam”.

 Do każdego zadania na studiach podchodził na 100 procent. Dawał z siebie wszystko i czuć było w tym pasję.

Po studiach…

Jeden z wykładowców Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej, Aleksander Bardini, został dyrektorem Teatru Ateneum. Zgodził się na to pod warunkiem, że będą mogli zostać w teatrze wszyscy absolwenci uczelni. Wśród nich był Roman Wilhelmi. Aktor zamieszkał w pracowni krawieckiej teatru. Przez kilka lat była jego domem. Pomieszkiwał też w teatralnej sznurowni nad główną sceną.

Po studiach wziął ślub z Danutą Machalicą. On mieszkał w pracowni, a ona jako sublokatorka to tu, to tam. Udało im się zamieszkać razem po dwóch latach. Teraz ich dom był wysoko… wysoko nad sceną w maszynowni. O wygodach nie było mowy. Wrzątek na herbatę państwo Wilhelmi nosili z portierni, która znajdowała się cztery piętra niżej.

Co ciekawe, jak się okazuje, rodzice Wilhelmiego nie wiedzieli o jego pierwszym małżeństwie. Bał się powiedzieć ze względu na reakcję matki, ponieważ do ślubu doszło spontanicznie. Pojechał ze swoją wybranką do jej rodziców. Upił się z teściem i następnego dnia był już żonaty. W pewnym momencie prawda wyszła na jaw…

Początki Wilhelmiego w teatrze były trudne. Dlaczego… hmm tego Wam nie zdradzę, jeśli zachcecie dowiecie się tego z biografii Romana Wilhelmiego. Na dowód jednak przytoczę pewne słowa aktora:

„Przez siedem lat nie miałem na co zaprosić matki i ojca do teatru (…). Nie załamałem się (…) Powiedziałem sobie: ja wam kiedyś pokażę”.

Role filmowe

Roman Wilhelmi zdobył doskonałe wykształcenie jako aktor teatralny. O graniu przed kamerą nie miał pojęcia. Pierwsza jego rola filmowa to Staszek Stosin w „Wianie” Jana Łomnickiego.

„ (…) Byłem dobrze wykształconym aktorem teatralnym. W filmie natomiast im mniej się gra, tym lepiej (…)”.

Na filmową rolę, która przyniosła mu satysfakcję i dzięki której pokazał, że przed kamerą też jest geniuszem, musiał poczekać kilka lat. Pamiętacie, dzięki której telewizyjnej roli stał się sławny?

Entuzjasta życia

Mówili o nim, że jest krnąbrnym buntownikiem, że ma szelmowski wdzięk i abstrakcyjne poczucie humoru. Był barwny i niejednoznaczny. Iwona Bielska powiedziała, że:

„Wszystko robił ekstremalnie, zachłannie, bez samokontroli, ponad miarę i wbrew tak zwanemu zdrowemu rozsądkowi. Tak kochał i nienawidził, tak pracował, jadł, pił, uprawiał sport, śmiał się i rozpaczał. (…) Wzruszający był, kiedy przyjeżdżał swoim pomarańczowym samochodem z aluminiowym garnkiem zatkniętym na wolcie wlewu paliwa (bo zgubił korek) (…)”.

Z pierwszą żoną rozwiódł się po latach. Sprawa rozwodowa była… jakby to ująć… teatralna. Miał też drugą żonę – Marikę Kollar. Małżeństwo, którego owcem był syn Rafał, również rozpadło się. Roman Wilhelmi w pierwszej chwili wpasował się w rolę taty, ale nie trwało to długo. Nie potrafił cieszyć się rodzinnym życiem. Żona przez lata wybaczała mu zdrady, hulaszczy tryb życia, ciągi alkoholowe. Tłumaczyła niesłowność nadmiarem spraw zawodowych, usprawiedliwiała stany depresyjne. Tolerowała histerie. Niestety Wilhelmi potrafił angażować się jedynie w pracę. Resztę zostawiał z boku. Nie dało się z nim żyć. Marika Kollar zabrała syna i po kryjomu uciekła z Polski. Zamieszkali w Austrii. Wszystko zrobiła w tajemnicy, ponieważ aktor nie zgodziłby się na wyjazd Rafała.

Alkohol

W nim topił rodzinne niepowodzenia. Nie lubił mówić o problemach, chyba że w żartobliwy sposób. Gdy się upił nie był agresywny, ale wstępował w niego istny diabeł. Miał szalone pomysły, które bez zastanowienia realizował. Poza tym, że stale imprezował to upijał się również przed spektaklami. Pozornie był wyluzowany, a w rzeczywistości zaczynał szarżować i przeginać. Zdarzało się to także w czasie przedstawień, na przykład kiedy grał z Igą Cembrzyńską…

Nielubiany kolega

Roman Wilhelmi dostawał coraz mniej ról w macierzystym teatrze. Choć był aktorem numer jeden to w Ateneum nie grał w niczym. Nie obsadzano go. Niektórzy reżyserzy nie lubili z nim pracować. Koledzy z kolei byli zawistni. Zaobserwował to między innymi Henryk Talar:

„To była typowa zazdrość kolegów o to, że jemu się układa, że wszystko jest jakby pisane dla niego. Poza tym nigdy nie był Romek aktorem-urzędnikiem. (…) On grał o życie. (…) Był niepokorny. Nie owijał w bawełnę (…)”.

Niechęć kolegów z Ateneum do Romana Wilhelmiego była bardzo duża i nie ukrywali jej. Aktor swoje 25-lecie pracy w teatrze świętował sam siedząc na schodach z ciastkiem i zapaloną świeczką.

Wieczne dziecko

Kiedy po sukcesie „Kariery Nikodema Dyzmy” władze zaproponowały Wilhelmiemu mieszkanie, odmówił mówiąc, że ma mieszkanie. Mieszkał w dziesięciopiętrowym molochu na Bagnie. Nie przyjął też talonu na samochód, gdyż twierdził, że auto również ma. Jeździł wówczas maluchem, którego wielokrotnie trzeba było pchać.

Wiele osób uważa, że do końca był dzieckiem. Zagubionym, naiwnym, potrzebującym wsparcia, aprobaty, pocieszania i ciągłej uwagi. Zaborczym i impulsywnym.

„Jaki był naprawdę? Nie wiem. Znałam właściwie chłopca, który cieszył się życiem i chciał żeby wszyscy cieszyli się razem z nim, który wierzył w swoją wygraną (…)”. (Danuta Wilhelmi Machalica)

Koniec

Roman Wilhelmi zmarł na raka w 1991 roku. Do końca wierzył w siebie, do końca żartował, do końca miał otwarty kalendarz i planował pracę… Pożegnać go przyszły tłumy. Nikt jednak nic nie powiedział nad trumną. Wilhelmiego pochowano w ciszy.

Choć odszedł zdecydowanie za wcześnie zdążył spełnić się zawodowo. Nie stało się to ani na deskach teatru, ani w filmie. Zawodowe spełnienie i satysfakcję przyniosło mu co innego… Cóż nie mogę Wam zdradzić wszystkiego, żeby nie okazało się, że ten wpis to spoiler 🙂

Marcin Rychcik w książce „Roman Wilhelmi. Biografia” pisze:

„Roman Wilhelmi był profesjonalistą od początku swojej kariery aktorskiej. Nie miała ona nigdy nic wspólnego z karierą Nikodema Dyzmy. Rzetelnie zapracował na swoje nazwisko i popularność”.

   Za jakie role Wy cenicie Wilhelmiego? Czy też macie wrażenie, że był niedoceniony? Czy może zgadzacie się z opinią, że wcale nie był wielkim aktorem?

Zobacz podobne wpisy:

O autorze

Aleksandra

Aleksandra

Prowadzi podwójne życie - to w realu i we śnie. A śni tak, że tylko siadać i spisywać. Jej pasją jest m.in. literatura. Czyta wszędzie, zawsze ma zaczęte kilka książek. Ostatnio nie jest to jednak łatwe, bo... giną jej zakładki. Znajduje je po jakimś czasie w pokoju córeczki, a mała "złodziejka" robi niewinną minkę. Kolejna pasja to film...